Zapiśnik
| 27.12.2007 17:29 |
przeniosłam się z pisaniem na:
http://toskania.blogspot.com/
a więcej zdjęć na:
http://picasaweb.google.com/italia.serenissima
| | 21.12.2007 08:58 |
Czas oszalał radośnie, fika tymi godzinami jak chce, a chce ostatnio bardzo szybko fikać. Wspomniane choinki dokończyłam, postawiliśmy je przy wejściu, Krzysztof dorobił do nich wewnętrzne oświetlenie.


Teraz skupiłam się na domu. Przygotowałam sobie te potrawy, które mogę zamrozić, a więc uszka (w ilości 100), bigos (robiłam lepsze moim zdaniem, przed Krzysztofem i tak już musiałam bronić) oraz schab zawijany z grzybowym nadzieniem. W końcu, chyba p paru latach przerwy udało mi się wypisac kartki świąteczne. We wtorek Paula pojechałą z nami do kwiaciarni, żeby wybrać dodatki do dekoracji na Święta, którą będzie robić. Jest to mała kwiaciarnia w Monsumano przy cmentarzu, należąca do kwiaciarza, który w soboty przyjeżdża do San Pantaleo z furgonetką i sprzedażą bezpośrednią. Hmm, staraliśmy się ukryć rozczarowanie, że nas tam zaciągnęła. Po wizycie na giełdzie kwiatowej trudno chyba zachwycić się wąskim i detalicznym asortymentem. Przy okazji jednak kupiliśmy parę gwiazd betlejemskich do domu. W końcu poszyłam też pokrowce na krzesła, żeby zasłonić te wątpliwej urody meble, w dodatku każdy niemal z innej parafii. W czwartek po przygotowaniu malusiego stroiku pojechaliśmy odwiedzić Frankę w szpitalu. Na szczęście wypuszczą ją na przepustkę na Święta, ale i tak przejmująco to wygląda. Dobrze, że narobiłam więcej bombek i świec, teraz mam co dawać w prezencikach. Co chwilę jest taka okazja. Ludzie zresztą też przychodza z prezentami. Kładziemy je pod choinkę, będzie co otwierać w Wigilię. A propos wigilii, wczoraj odebrałąm telefon i usiłowałam zrozumieć pewną panią pytającą się o wigilię, spróbowałam dociec, czy chodzi jej o mszę, czy kolację. Ale ona za szybko mówiła, żebym w ogóle łapała sens. Poza tym okazało się potem, że tutaj na post przed świętem mówi się vigilia (czyt. widżilia). A ja już jej chciałam wyjaśniać, że w te Święta robimy tylko wigilię na dwie osoby. Teraz dopiero zaczną się moje lapsusy językowe, gdy odważam się samodzielnie z nimi porozumiewać.
Wczoraj wyfroterowałam większość podłóg, dzisiaj dalszy ciąg zdobienia domu.
Pozostając w klimacie świątecznym, a jakże by inaczej mogło być, zdjęcie choinki:

| | 18.12.2007 12:34 |
Ubawiłam się setnie, psy chyba ciut mniej, ale ... http://www.elfyourself.com/?id=1515422168
Na razie tekst ten równolegle pokazuje się na http://toskania.blogspot.com/ . Niebawem zadecyduję na jakiego bloga sie przenieść. A może ktoś zna dobrego, łatwo edytowalnego z własnymi zachciankami?
| | 16.12.2007 13:15 |
Chyba każdy rozumie zmniejszoną częstotliwość zapisów. Boże Narodzenie! Przygotowania pochłaniają mnie absolutnie. A jest to szeroki front robót, nie licząc "duchowych".
Co się wydarzyło przez te cztery dni?
Strajk dostawców paliwa zakończony!
W środę pod wieczór odlewałam świece na świąteczny stól - kiszka! zrobiłam przerwę na Mszę i potem już trudno było je poskręcać. Zrobiłam za cienkie, tak że w skręcie widać w niektórych knoty. Ot! Knoty zrobiłam

Więc czwartek miałam mocno wypełniony. Tylko czym do południa, to niezbyt pamiętam. Rano byliśmy pogadać z lokalną fryzjerką, co bym miała mocniejsze loczki. Na 15 od razu umówiła mnie na "zabieg". Tym razem w końcu można to nazwać lokami. Ciekawe samo w sobie trzygodzinne posiedzenie w salonie. Typowo babskie miejsce, jedyny mężczyzna to Murzyn, handlarz, który zostawia u tej fryzjerki swój towar. A poza tym skala wieku! Ja chyba byłam w tym dniu najmłodsza. Najstarsza klientka to 90-latka (albo i starsza) przyszła na farbowanie i ułożenie fryzury. A potem napełniona optymizmem loczkowanym zabrałam się za świece. Nie było łatwo , ale się udało. Chyba ten stan już mnie zadowala.

I zaczęłam w końcu suszyć wieksze ilości cytryn i pomarańczy na ozdobne plasterki.

Dokończyłam też drugi wiklinowy stelaż pod choinkę na drzwi.
Aj waj waj! Przypomniałam sobie. Przecież udało nam się kupić absolutnie doskonały świerk na choinkę. Zrobiliśmy wersję zastępczą i zamiast w w węglu kamiennym umieściliśmy ją w drzewnym, no bo skąd tutaj wziąć ten pierwszy?
Piątek? Najpierw porządki na regale "florystycznym". W końcu widać, na czym można polegać przy układaniu kwiatów. Na szczęście na Boże Narodzenie Krzysztof znalazł chętną parafiankę, więc tę wielką pracę mam z głowy. Na obiedzie był Tomek. Eksperymentalnie do placków ziemniaczanych podałam, jako dodatek, podsmażonego na cebuli tuńczyka z puszki. Wyśmienity zestaw smakowy! Dokończyłam wikinowe wianki na stroiki.
Sobota
Rano onieśmielony patrzącymi nań polskimi, doświadczonymi śniegiem oczami, prószył biały opad. Najpierw porządki w salkach katechetycznych. Potem, bagatela, umyłam 6 okien! Nigdy w życiu nie umyłam tylu okien na raz. A to tylko połowa z tych do umycia. Dwa już miałam umyte wcześniej. Jedno jest w pomieszczeniu niekoniecznie sprzątalnym a trzy wielkie w pracowni poczekają na inną okazję. Tak więc okna mogę uznać za pomyte! Potem jeszcze ułożyłam kwiaty przypalając ziemniaki na obiad i zaraz po obiedzie wielkie "pierniczenie". Na pomoc pośpieszyła mi Ania z Florencji. Tak więc do godziny 22 miałyśmy niemal całą pracę za sobą. Okazało się, że pieczenie pierników to pikuś, ale weź je ozdób człowieku! A potem dobiliśmy się specyficznym poczuciem humoru Koterskiego w postaci filmu "Ajlawju"
dopisane o 16.00 w niedzielę:
Niedziela pełna pracy dla Krzysztofa, ja na wolniejszych obrotach. Pomalowałam pisakami styropianową bombkę jako przykład dla dzieciaków, które mają dziś przedświąteczne spotkanie. Będą się bawić oraz szykować bombki na choinkę przed kościołem. Sama ruszam ozabiać uplecione przeze mnie choinki.
| | 12.12.2007 13:50 |
A to ci ciekawe. Zrobił się jeszcze większy ruch na mojej stronce, bo chyba ktoś zadał gdzeiś uczniom znalezienie odległości z Asyżu do Rzymu, przy czym miała to być odległość, jaką pokonał Święty Franciszek. Hmmm. Ciekawe, ciekawe. Samo mnie to zastanawia o jaką odległość pytał nauczyciel. Bo przeciez nie autostradami. Szlaki pielgrzymkowe w średnioweiczu?? Ambitne zadanie. Patrzyłam w biografii Świętego Franciszka, ale w tej konkretnie nic na tren temat nie ma. Ho! ho! mają zgryza uczniowie.
Może jeszcze od razu zapiszę, bo mykam do pracowni. Zjadłam właśnie obiadek, tym razem sama, Krzysztof gdzieś na proszonym. Rankiem połaziłam po ryneczku i zaopatrzyłam się w spódnice i spodnie oraz obrus ze serwetkami na Święta, plus foremki do pierników, dziadka do orzechów itp. itd. Pełno ludzi a myślałam, ze mogą być pustki z pwodu strajku dostawców paliwa. Większość tutejszych stacji pozamykana na cztery spusty. Już nie mają towaru. Ciekawe, jak to się rozwinie?
| | 10.12.2007 19:33 |
Wczoraj niespodziewanie wdepnęła Ania z awarią komputerową. Wieczór zamienił się w miłe pogaduszki, bo oczywiście komputer miał chorobe serwisową. Po podłączeniu tu na miejscu działał bez zarzutu. Dostałam od niej w prezencie śliczne akrusze papieru do decu. Jeden arcyciekawy dwustronny, do przyklejenia np. na oknie. Dzisiaj tak wsiąknęłam w odlewanie świec, że zapomniałam nawet o obiedzie. A może nie chciałam pamiętać? Porobiłam też trochę zdjęć wcześniejszym wyrobom, nie wiem tylko czy wszystkie tu umieszczać, skoro mam osobny album na Picasie.
http://picasaweb.google.com/italia.serenissima/WieceCandeleCandles
Myślę, że wkleję jedno tutaj:

W ogóle to zastanawiam się nad przeniesieniem zapiśnika do prawdziwego bloga, bo mi tu niedługo stronka pęknie w szwach. Roboczo założyłam go na blogspocie: http://www.toskania.blogspot.com/
| | 08.12.2007 09:57 |
A tym razem porannie. Zaraz będę szykować się na Mszę, bo dzisiaj Niepokalane Poczęcie. Pomyślałam jednak sobie, żeby zrobić mały suplement do wycieczek z Jackiem. Niektore bawry brązów w farbach mają ścisłe powiązanie z miejscem na mapie. I tak jest przecież umbra i jest siena. Na dowód, że faktycznie nazewnictwo wywodzi się z tych okolic, wklejam zdjęcie zrobione nieopodal Monteriggioni, czyli też nieopodal Sieny. Troszkę trzeba ująć promieni nisko położonego słońca, ale to faktycznie jest taki soczysty brąz:

| | 06.12.2007 22:18 |
Milczałam tym razem usprawiedliwiona. Miałam gościa w postaci Jacka. Przemiłe trzy dni spędzone na zwiedzaniu, gadaniu i jedzeniu. No dobra, przyznam się, i piciu, ale bardzo kulturalnym i smakowitym. Poniedziałek popołudnie siedzieliśmy w domu. Podjęłam Jacka polskim obiadem, bo stęskniony takiego jadła po miesięcznym pobycie w Neapolu. We wtorek wybraliśmy się do Florencji. A ponieważ nie sprawdziliśmy wcześniej rozkładu jazdy pociągów, poczekaliśmy sobie w centrum Pistoi.
Łyk pysznej czekolady,

łyk spojrzeń na warzywniak i mięsny sklep,

łyk wewnętrznych dziedzińców sądu i ratusza,

i oczywiście łyk zabytków:
Potem spacer głównymi hiciorami Florencji. Mnie się jednak nigdy one nie nudzą. A Jacek widać wsiąknął też nieźle w stolicę Toskanii. Co chwilę wydawał okrzyki zachwytu. Zanim jednak ruszylismy na dłuuugi spacer posililiśmy się w taniej samoobsługowej jadłodajni nieopodal Duomo. Tam też było słychać piania Jacka z powodu dostępu do taniego i dobrego jadła.


Święta co chwilę zapowiadały nam swoje przyjście.
Targ z charakterystycznymi dla Florencji wyrobami ze skóry jak zawsze pełen, tylko do dzika można było dostać się bez kolejki, stąd nawet fotografie detalu.
Pod Uffizi pustki, w korytarzu Vasariego jakieś resztki malarzy z obrazkami. A spacer Ponte Vecchio to sama przyjemność.
Krótki postój pod popiersiem Celiniego. A Porta Romana poprowadziła nas w świat panoramy miasta.
Mosty nieodparcie wywołują we mnie skojarzenia z koralami nanizanymi na sznur rzeki. Palazzo Vecchio zyskał na teatralności w wieczornym oświetleniu. I nikt mnie nie odwiedzie od umieszczenia po wielokroć oglądanych zachodów słońca. Trudno, że kiczowate, ale jakie piękne!
Pod kopią Dawida poczekaliśmy na autobus. Po powrocie nie pozostało nam nic innego, jak obejrzeć film „Hanibal” i odkrywać już znane sobie miejsca.
W środę zabrałam Jacka na wycieczkę tropami średniowiecza. Zakrętami nieopodal Vinci pojechaliśmy na południe od domu. Wdepnęliśmy do zupełnie opustoszałego Certaldo. Wypiliśmy tam cudowne cappuccino. Jacek tylko miał nietęgą minę, bo jak tu posłodzić takie cuda? Pogadaliśmy z psem i kotem. Powtykaliśmy nosy w zakamarki i napawaliśmy się ciszą.





Niewiele głośniej było w bardzo mocno obleganym latem San Gimignano. Pierwszy rzut oka wykonaliśmy już w Certaldo.
Szwendaliśmy się i gapiliśmy na zabytki oraz okoliczne widoczki aż Jacek już nabrał obrzydzenia do swojego aparatu fotograficznego. W pewnej chwili schował go i powiedział, że koniec zdjęć w tym dniu.
Ostatnie zdjęcie zrobiłam ku przestrodze Krzyśkowi, żeby widział na co można zamienić kościół - tu na muzeum ornitologiczne
Jacek nie dotrzymał słowa. Zaciągnęłam go do Monteriggioni. Kto z Was by nie wytrzymał i nie chciał uwiecznić tych wspaniałości i sennej atmosfery malusiego paese z niewielkim kościółkiem, niedużymi sklepikami, niemal zupełnie wyludnionego?




Rano wstałam i dopomogłam Mikołajowi w dostarczaniu prezentów dla dużych dzieci, jedno dziecko znalazło słodycze a drugie muzyczną bombkę.
To pierwsze dziecko i tak będzie miało więcej bombek w tym stylu, więc słodycze były jak najbardziej na miejscu. Po odwiezieniu Jacka do Prato na pociąg zabrałam się za wyplatanie wiklinowych choinek, które zamierzam postawić przed domem.
| | 03.12.2007 11:34 |
Mea colpa! Po prostu odkładałam i odkładałam zapiski i zrobiło się z tego 5 dni. Trudno je zapełnić pamięcią. Czwartek rano wyjazd do Pesci po materiały na wieńce. W piątek parę godzin spędziłam na układaniu kompozycji, przygotowaniu świec itp. Sobota sprzątanie kościoła. Z rozpędu zabrałam się za całe otoczenie plebanii i częściowo za ogród, bo psy już nie miały gdzie stąpnąć w wyznaczonym im terenie. Potem ulokowanie wieńców. Jeden w kościele, dwa w komplecie na drzwiach wejściowych a trzeci, bez zdjęcia, w podobnej tonacji na drzwiach do domu.


Niedziela zapowiadała się domowo, bo od rana lało a niebo było równo zasnute. A jednak! Popołudniem zajrzało słońce więc wybraliśmy się z psami na wycieczkę. Drogą losowania padło na Region Chianti. Najpierw zatrzymaliśmy się w miejscu dogodnym do wybiegania dla charta. Rozejrzeliśmy się po nostalgicznie jesiennej, zasnutej mgłami Toskanii. Opuszczone przez liście winnice, brązy i ciemne zielenie przygaszone wilgotnymi kłębami szarości. Zrobił się z tego jakiś Caspar Friedrich.


A na koniec zajechaliśmy do Greve in Chianti z niezwykłym placem. Nieregularna płaszczyzna obudowana domami i wszystkie z podcieniami. Dużo sklepików i galeryjek otwartych nawet w niedzielę, dość spora liczba spacerujących.
 
Można było odpocząć pod wielką donicą albo poczuć dumę, że dzieło polskiego rzeźbiarza zostało uznane za odpowiednie postawienia w centrum miasta.

By dodać smaku wycieczce przysiedliśmy przy przepysznej czekoladzie na ciepło. Napój do kupienia w tym rejonie raczej podczas chłodnych dni. Jest to bardzo gęsta - niemal jak budyń - gorzka czekolada dosładzana według gustu przez klientów.
| | 28.11.2007 20:39 |
Od 5 miesięcy mieszkam w Toskanii!!!. Z tej okazji nie można było powszednio zacząć 6 miesiąca, więc pojechaliśmy do Florencji. Długo już sobie ostrzyłam ząbki na Klasztor Św. Marka, którego chyba najsłynniejszym mieszkańcem był Savonarola. Ale w sławie, i to ze wszech miar dobrej, nie ustępuje mu Fra Angelico. Po prawdzie mówiąc, to dla tego braciszka ludzie drepczą do starego klasztoru.
Nie wiem właściwie jak opisać to, co nieopisywalne. Może skoncentruję się tylko na Fra Angelico i inne cuda pozostawię milczeniu? Wcześniej znałam jeden obraz Fra Angelico, z Cortony, z Muzeum Diecezjalnego. Uważałam, że już dla samego niezwykłego „Zwiastowania” warto tam pojechać, że niejedno polskie muzeum marzyłoby o takim obrazie, a co dopiero wspomnieć o paru kompozycjach Signorellego.
No i jeszcze jedna dla mnie nniesłychanie ważna rzecz dotycząca San Marco we Florencji: Po raz pierwszy zobaczyłam jedno z dzieł z mojej pracy magisterksiej. Co za czasy! Ja pisałam tylko o reprodukcjach a tu sobie idę i patrzę: "Noli me tangere".
Fra Angelico - brat anielski. Dwa różne oblicza. Freski i obrazy (najczęściej ołtarzowe).
Zaczęliśmy od fresków. Trudno pojąć, że mieszkający w klasztorze zakonnik ot pomalował swoim współbraciom cele. Bagatela, spędził na tym 12 lat! A zrobił to perfekcyjnie. Pojedyncza cela jest malusia i była zamieszkała przez jednego dominikanina, malunki miały służyć kontemplacji, rozmodleniu. Idąc od jednego do następnego pomieszczenia, coraz jaśniej widać celowość kompozycji. Czyste, proste rozwiązania. Niezaludnione tłumami powierzchnie. Kameralne spotkania pod krzyżem, przy grobie. Czasami brak roślinności, tylko nagie skały i układy kompozycyjne z ludzi. W dążeniu do uproszczenia treści Fra Angelico posunął się do abstrakcyjnie niemal pojmowanego symbolu. Odcięta głowa plująca na Chrystusa, wisząca w powietrzu głowa kobiety i zapierającego się Św. Piotra. Dłonie ucięte ostrą linią, wymierzające ciosy Chrystusowi. Niebywałe! W XV wieku braciszek zakonny siedząc w klasztorze dochodzi odważnie do takich skrótów myślowych. Ale to jeszcze nie koniec. Nie poczytując mu tego za brak natchnienia w treści, zadziwiłam się jak mógł 8 razy przedstawić tę samą scenę, a mianowicie Św. Dominika rozmodlonego pod krzyżem. Ileż gestów można odnaleźć w postawie klęczącego! A to chwyta się krzyża, jak ostatniej deski ratunku, a to rozkłada ręce, a to biczuje ciało bądź też składa pobożnie dłonie. Co ciekawe, w celi Savonaroli nie było fresków. Konsekwentnie nie wspomnę o cudownie prostym biurku z pokoju mnicha. Nie wspomnę o wyraźnym uwielbieniu dla kontrowersyjnego dominikanina, a wręcz o czci. No bo jak inaczej nazwać resztki jego ubrań określone jako relikwie? Trudno mi rozeznać się w słuszności postawy Savonaroli, ale nie tutaj miejsce na to. Zresztą muszę wrócić do niektórych lektur i poszukać nowych informacji o tej postaci. Nie oparliśmy się za to odwiedzeniu miejsca stosu na Piazza Signoria.

Po obejrzeniu fresków znaleźliśmy się w zupełnie odmiennym świecie przyklasztornego muzeum, świecie bogactwa barw, przepychu faktury złoceń, misternych koronek pociągnięć pędzla, godnych największych miniaturzystów. Z opuszczoną szczęką wściubiałam nos w przestrzeń dzielącą mnie od obrazu. Z zapartym tchem śledziłam ruchy ręki mistrza. Oniemiała stanęłam i nie wierzyłam cudownemu zestawieniu zieleni z różem. Jeden człowiek to uczynił? Fowiści ze swoją intensywnością barwną to raczkujące niemowlaki przy tych błękitach, czerwieniach i omdlewających złoceniach. A pomysł na Sąd Ostateczny powinien każdego przekonać o błędnym mniemaniu jakoby piekło nie istniało, albo było o wiele bardziej interesujące. Egzaltacja to oczywisty stan, w który się popada po obcowaniu z geniuszem i całym sercem dziękuje za ogłoszenie Beato Angelico faktycznie błogosławionym (przez Jana Pawła II) i patronem malarzy. Zdjęć nie można było robić. Jedynie w krużganku pozwolono nam na dwa ujęcia.

Za to mam w końcu obiecane zdjęcia bombek. Nie chcę zasypywać zapiśnika wszystkimi pojedynczymi zdjęciami, a poza tym nie mam pojęcia jak zrobić dobrze zdjęcie, bez blików. Zapraszam więc niebawem do galerii decoupage Boże Narodzenie na www.matyjaszczyk.com .


| | 1 2 3 4 5 > |
|